40 rocznica pożaru Apollo 1
Wczoraj minęło 40 lat od tragicznej śmierci astronautów z załogi Apollo 1. Poniżej publikuję tekst Marka Jarosińskiego - autora książki “Krzyk w kosmosie”. Warto przeczytać. Naprawdę.
Wyciągnijcie nas stąd!
Już w 1961 roku, wkrótce po pierwszym pilotowanym locie kosmicznym Jurija Gagarina, który był niezwykłym i zaskakującym sukcesem Związku Radzieckiego, ówczesny prezydent USA John Kennedy ogłosił program wylądowania amerykańskich astronautów na Księżycu przed końcem tamtej dekady, czyli przed rokiem 1970.
Wstępem do wykonania tego niezwykle trudnego i ryzykownego technicznie projektu, nazwanego programem Apollo, była seria lotów orbitalnych dwuosobowych statków kosmicznych Gemini, podczas której w latach 1965-66 przećwiczono łączenie statków kosmicznych na orbicie wokółziemskiej, wyjście astronautów na zewnątrz statku kosmicznego i inne elementy przyszłych lotów księżycowych.
Start pierwszej wyprawy załogowej programu lotów księżycowych Apollo, na razie wokółziemskiej, zaplanowano na 21 lutego 1967 roku. Wyznaczono do niej pułkownika Virgila I. Grissoma, podpułkownika Edwarda H. White’a i komandora porucznika Rogera B. Chaffee’go. Dowódca załogi, Grissom, wykonał w 1961 roku lot balistyczny Mercury „Liberty Bell 7”, który zakończył się przypadkowym zatopieniem kabiny kosmicznej podczas wodowania, a w 1965 roku był dowódcą wyprawy Gemini-3.
White był przed przyjściem do NASA we wrześniu 1962 roku pilotem doświadczalnym. Jako pierwszy Amerykanin w czerwcu 1965 roku wyszedł w otwartą przestrzeń kosmiczną. W locie Apollo miał pełnić funkcję pilota członu macierzystego (CM) statku.
Chaffee przygotowywał się do swego pierwszego lotu kosmicznego. Przeszedł przeszkolenie pilota myśliwskiego, a potem wykonywał zdjęcia lotnicze do map wybrzeża Florydy. W październiku 1963 roku znalazł się w grupie astronautów. Miał być trzecim członkiem załogi pierwszego pilotowanego statku kosmicznego Apollo.
Podczas ostatnich przygotowań do startu wydarzyła się tragedia. Astronauci zginęli w pożarze kabiny załogowej statku Apollo.
Jak doszło do wypadku?
W amerykańskich załogowych statkach kosmicznych stosowano w tamtych latach atmosferę prawie czystego tlenu pod zniżonym ciśnieniem 35-39 kPa, bo wyprawa księżycowa wymagała dużej ilości paliwa, a ono z kolei zabierało znaczną część objętości i masy całego zespołu Apollo - Lunar Module. Niższe ciśnienie w kabinie pozwalało zmniejszyć grubość i masę jej ścianek, a to dawało możliwość wypełniania zbiorników statku maksymalną ilością paliwa. Ponadto prawie jednorodna atmosfera statku kosmicznego jest łatwiejsza do kontrolowania i regeneracji, łatwiej uzupełniać jej ubytki.
A wady? Oprócz szkodliwego oddziaływania na organizmy przebywające w niej długo, ponad miesiąc, najbardziej istotna jest jedna wada - taka atmosfera stwarza nadzwyczajne zagrożenie pożarowe. Powszechnie wiadomo, że to właśnie tlen jest pożywką płomieni. Ogień, który w zwykłym powietrzu atmosferycznym pali się spokojnie, w czystym tlenie rozprzestrzenia się gwałtownie, jest nie do opanowania.
27 stycznia 1967 roku załodze Apolla wyznaczono kolejny przedstartowy trening polegający na ćwiczeniu rozłożenia w czasie i precyzji wykonywania czynności poprzedzających start. Tego dnia kabinę statku po raz pierwszy napełniono tlenem.
Astronauci Grissom, White i Chaffe zajęli swe miejsca i zaczęli tok przygotowań do pozorowanego startu. Kabina umieszczona była na szczycie rakiety nośnej Saturn I B nr 204 stojącej na stanowisku nr 34 Ośrodka Kosmicznego imienia Johna Kennedy’ego na Florydzie. Powodów do obaw o bezpieczeństwo astronautów nie było wcale. Zbiorniki paliwowe rakiety nośnej były puste, statku Apollo także. Wszystkie urządzenia pirotechniczne były odłączone lub w ogóle nie zamontowane.
W czasie treningu pojawiały się liczne, drobne trudności techniczne. Było ich w końcu tak dużo, że niektórzy kontrolerzy z personelu ośrodka rakietowego domagali się przerwania i odroczenia próby. Przez cały czas zawodziła łączność między statkiem a ośrodkiem kontroli. W pewnym momencie dowódca załogi, Grissom, zirytował się nawet:
- Boże, jak my możemy wybierać się na Księżyc, jeśli nie możemy porozumieć się między dwoma stanowiskami?
Pod koniec treningu, na 10 minut przed terminem pozorowanego startu, jeden z astronautów - podobno Roger Chaffee, ale to nie jest pewne - poinformował ośrodek kontroli:
- Pali się, czuję swąd.
Chwilę później nad statkiem ukazał się kłąb białawego dymu. Technicy obsługujący stanowisko startowe natychmiast z gaśnicami rzucili się na pomoc. Gdy udało im się stłumić ogień na zewnątrz Apolla, w rozpaczliwym pośpiechu zaczęli otwierać skomplikowany, wieloelementowy hermetyczny mechanizm zamknięcia kabiny. Uporali się z tym po 90 sekundach. Od momentu dostrzeżenia pożaru do otwarcia włazu minęło pięć minut. Z wnętrza buchnęła fala gorąca i dymu. Ratownicy musieli się cofnąć. Gdy wreszcie wdarli się do kabiny, ujrzeli w fotelach zwęglone zwłoki astronautów.
Zginęli nie na Księżycu, nie w bezkresie kosmosu, lecz tu, na Ziemi, zaledwie kilkadziesiąt metrów od ekipy techników, którzy niewiele mogli zrobić, nie mogli astronautom pomóc, byli bezsilni.
Badanie przyczyn katastrofy
Eksperci NASA polecili natychmiast, aby niczego w kabinie nie ruszać, w nadziei, iż szczegółowe oględziny jej wnętrza pomogą wyjaśnić przyczyny katastrofy. Kierownictwo ośrodka startowego nie dopuszczało do miejsca wypadku nikogo, a zwłaszcza dziennikarzy.
Ciała astronautów wydobyto z kabiny Apolla dopiero po pięciu godzinach. Powołano komisję do spraw wyjaśnienia przyczyn wypadku. Zaczęła swą pracę zaraz, gdy okryte gwiaździstymi sztandarami trumny ze szczątkami Grissoma, White’a i Chaffee’go opuściły teren ośrodka rakietowego.
Z zapisów magnetofonowych rozmów radiowych i relacji personelu technicznego odtworzono przebieg ostatnich sekund dramatu. O godzinie 6:31:03 czasu miejscowego padły pierwsze, wspomniane już słowa: - Pali się, czuję swąd. Wypowiedziane jeszcze niemal spokojnym głosem prawdopodobnie przez Chaffee’go. Jednocześnie u White’a, jedynego członka załogi, na ciele którego przymocowano urządzenia rejestrujące, zanotowano przyśpieszone bicie serca.
6 sekund później dał się słyszeć okrzyk: - Pożar w kabinie! Głos był już ostrzejszy i przenikliwy. Donald Slayton rozpoznał go jako głos White’a. Lekkie poruszenie się kabiny świadczyło o tym, iż astronauci próbowali się wydostać. „Nie odebrano żadnych innych zrozumiałych meldunków” - stwierdzał raport komisji powypadkowej, którego autorzy mogli opierać się jedynie na niezbitych faktach. Z relacji świadków wynika natomiast, i o tym także wspomina się w raporcie: „…chociaż ratownicy twierdzą, że słyszeli jakiś ostry krzyk bólu”, że po pierwszym okrzyku White’a, przez 3 sekundy panowało milczenie, a potem rozległo się dramatyczne, trudno zrozumiałe: - Straszny pożar w statku! Czyj to był krzyk, Grissoma, White’a czy Chaffee’go nie wiadomo, nikt nie był w stanie tego określić.
Dalej nastąpiła kilkusekundowa cisza, po której słychać było szamotaninę i niewyraźne krzyki. Wreszcie, po dalszych 4 sekundach, Chaffee wykrzyknął ostatnie słowa: - Palimy się! Wyciągnijcie nas stąd! Kilka sekund później zamilkły sygnały radiowe wychodzące z kabiny Apolla.
W tym czasie, o godzinie 6:31:17, ciśnienie w kabinie doszło do 200 kPa, w wyniku czego jej bryła pękła w trzech miejscach. Szalał w niej ogień.
Analiza szumów spalania i badania szczątków statku wykazały, że ogień objął go nierównomiernie. Temperatura w niektórych miejscach dochodziła do 760°C - wskazywało na to stopienie się aluminiowych rurek, podczas gdy znajdujące się w pobliżu tworzywa sztuczne były tylko nadpalone.
Niejasne było postępowanie uwięzionej w ogniu załogi. Według instrukcji, w razie niebezpieczeństwa, White, który zajmował środkowy fotel, chwycić miał za wewnętrzny uchwyt włazu i zacząć jego otwieranie. Grissom powinien opuścić oparcie fotela po lewej stronie i pomóc White’owi. Natomiast zadaniem Chaffee’go było utrzymywanie łączności radiowej z personelem ośrodka kosmicznego. W razie potrzeby jednak, także i on miał dopomóc w otwieraniu włazu.
Aby wydostać się z kabiny, należało najpierw otworzyć pokrywę wewnętrzną, a potem zewnętrzną włazu. Wykonywało się to za pomocą klucza, którym trzeba było wykonać obrót o 200°, co powodowało przesunięcie sworzni zatrzaskowych pokrywy zewnętrznej, po czym ta odpadała. Wymagało to co najmniej półtorej minuty czasu.
Dlaczego więc, w świetle powyższego, tylko Chaffee, jak wynikało z ułożenia zwłok, próbował opuścić swój fotel, a dwaj pozostali zginęli, jak gdyby nie ruszali się z miejsc? Być może oni pierwsi ogarnięci zostali ogniem. Przemawia za tą hipotezą fakt, iż skafandry kosmiczne Grissoma i White’a były zupełnie przepalone, a ubiór trzeciego astronauty, Chaffee’go, miał tylko niewielkie uszkodzenia.
Po dwudniowym zakazie publikowania szczegółowych wiadomości na temat pożaru i zdjęć spalonej kabiny, do miejsca wypadku dopuszczono reporterów. Telewizja amerykańska pokazała materiały filmowe przez nich nakręcone. Dziennikarze relacjonowali, że wnętrze kabiny pokryte było szarym i białym popiołem tworzącym w niektórych miejscach gęstą, białą maź. Panował wewnątrz mdły zapach. Wokół zwisały w bezładzie nierozpoznawalne elementy aparatury i przepalone kable. Pokrętła urządzeń pokładowych wyglądały jak gdyby były topione w silnym ogniu. Nic nie można było odczytać ze wskaźników na tablicy przyrządów. Fotele astronautów rozsypywały się w proch pod dotknięciem ręki.
Na Przylądek Kennedy’ego sprowadzono bliźniaczą, jak ta spalona, kabinę Apollo z zamiarem wykorzystania jej w charakterze materiału doświadczalnego.
Ekspertyzy
Obie kabiny stopniowo rozbierano na części, aby przez badanie porównawcze zespołu po zespole, części po części, ułożenia przewodów elektrycznych, a także arterii przesyłowych gazów i cieczy, znaleźć przyczynę wybuchu pożaru.
Członkowie komisji badającej okoliczności wypadku stwierdzili, iż niektóre kable sieci elektrycznej sąsiadowały ze sobą pod kątem prostym. Było to niedopuszczalne, ponieważ nawet najmniejsze wstrząsy i wibracje powodowały stykanie się przewodów i ścieranie izolacji. Przyczyną pożaru mogło być uszkodzenie teflonowej izolacji przewodów elektrycznych. Ogień mógł powstać w wyniku spięcia elektrycznego w pobliżu fotela dowódcy załogi, gdzie znajdował się zbiornik tlenu. Płomień mógł następnie gwałtownie przedostać się przewodami zasilającymi skafandry astronautów wprost do ich wnętrza. Są to jednak tylko przypuszczenia komisji, bo niepodważalnych, w pełni wiarygodnych dowodów na powyższe nie znaleziono już nigdy.
Dochodzenie wszczęte po wypadku wykazało, jak to zwykle bywa, wiele nieprawidłowości w konstrukcji statku kosmicznego, wad w jego wykonaniu, niedopracowań systemu organizacji służb naziemnych. Firma North American Aviation, wytwórca członu załogowego Apollo, dostarczyła kabinę kosmiczną z wieloma karygodnymi rozbieżnościami w stosunku do zamówienia NASA. Nie spełniono wielu wymogów technicznych, także tych podstawowych. Zamontowano w niej niezabezpieczone przewody elektryczne, zastosowano do wyposażenia niezbyt rygorystycznie sprawdzane tworzywa sztuczne. Przedstawiane jako niepalne, w atmosferze czystego tlenu paliły się znakomicie.
Wyszło na jaw, że po odbyciu 190 posiedzeń ekspertów NASA, mających spośród wielu wytwórni wybrać najlepszego producenta, któremu miano powierzyć zbudowanie i wyposażenie statku Apollo, za firmę o najwyższym poziomie technicznym i pierwszorzędnych kwalifikacjach uznano nie North American Aviation, lecz Martin Company. Następnie, w niewyjaśnionych, rzec można nawet tajemniczych okolicznościach kierownictwo NASA uchyliło postanowienie zespołu ekspertów i nadzwyczaj dochodowy dla producenta kontrakt zawarło z firmą NAA. Mimo ustalenia tych podejrzanych machinacji i licznych zarzutów natury technicznej, kierowanych pod adresem wytwórni, przetrwała ona dochodzenie bez większego uszczerbku i zachowała intratny kontrakt. Prawdopodobnie zaważyła na tej decyzji NASA obawa znacznego zahamowania prac nad realizacją programu Apollo, do którego musiałoby dojść, gdyby po wypadku wykonanie członu załogowego zlecono innej firmie.
Prace nad usunięciem wad konstrukcyjnych i dobraniem właściwych materiałów stanowiących wyposażenie kabiny trwały ponad półtora roku. Pochłonęły nie tylko cenny czas, ale i niemało pieniędzy. Oprócz zastosowania wewnątrz kabiny rzeczywiście niepalnych tworzyw, zmieniono gruntownie system jej zamknięcia tak, aby umożliwiał prawie natychmiastowe jej otwarcie w razie niebezpieczeństwa.
Prorocze słowa Grissoma
Po śmierci trzech astronautów przypomniano sobie, że Virgil Grissom dwa lata wcześniej, po locie Gemini-3 powiedział słowa, które w obliczu tragedii załogi Apolla nabrały znaczenia Jego testamentu: Gdyby przyszło nam zginąć, to pragnęlibyśmy, aby ludzie pogodzili się z tym. Podbój kosmosu wart jest takiego ryzyka.
Zwłoki Virgila Grissoma i Rogera Chaffee’go spoczęły na znanym cmentarzu wojskowym Arlington w Waszyngtonie. Edward White’a, zgodnie z życzeniem zmarłego i jego rodziny pochowano przy akademii wojskowej West Point, której był absolwentem. Uroczystości pogrzebowe odbywały się z honorami wojskowymi. Astronauci uczcili pamięć towarzyszy przelotami nad Houston eskadrą samolotów w tradycyjnym układzie rombowym z jednym brakującym miejscem w szyku. Nazwiskami załogi statku kosmicznego Apollo nazwano kratery na Księżycu, do którego drogę przetarli właśnie oni.
Marek Jarosiński
www.astronautyka.planty.pl



January 29th, 2007 at 4:54 pm
Jeszcze jeden dowod na glupote, chciwosc i szastanie ludzkim zyciem.
“Nie szkoda roz gdy plonie las?” Bzdura. Za takie niedopatrzenia winni powinni poniesc kare. Zakup wlasciwych, niepalnych materialow jak rowniez projekt czlonu zalogowego od firmy z reputacja profesjonalistow (Martin Company) prawdopodobnie ocalilby zycie trzech wielkich astronautow. Niestety zwykle kumoterstwo i brak odpowiedzialnosci jednostek spowodowal ze wyscig w kosmosie kosztowal wiecej niz powinien.
A tak na marginesie to dobra wstwka.
Piter