Books reviews/recenzje książek

polak-w-kosmosi.jpg
Bohdan Świątkiewicz „Polak w Kosmosie”
„Nasza Księgarnia” 1978

Ta książka jest dla mnie zaskoczeniem – i to od samego początku. Wpadła w moje ręce dość niespodziewanie – żona znalazła ją w lokalnej bibliotece w dziale z … literaturą dziecięcą. Reportaż pisany przez dziennikarza wojskowego w latach 1976 – 1978 spoczywał sobie spokojnie na półce obok „Dzieci z Bullerbyn”. Ironia losu ? Trochę tak, bo jeśli będziecie czytać tę książkę bez odpowiedniego dystansu do czasów w których powstawała po kilku szybkich parsknięciach śmiechem zrezygnujecie. Nawet tytuł „Polak w Kosmosie” jest mylący, bowiem autor nie opisuje lotu pierwszego Polaka w Kosmos, lecz długie miesiące przygotowań pięcioosobowej grupy kandydatów na kosmonautów w Polsce, a później trening Mirosława Hermaszewskiego i Zenona Jankowskiego w Gwiezdnym Miasteczku pod Moskwą. Opowieść urywa się na kilka tygodni przed rozpoczęciem lotów w ramach programu Interkosmos. Co więcej – kiedy książkę oddawano do druku najwyraźniej nie było jeszcze wiadomo kto poleci Sojuzem 30, a kto będzie dublerem. Jak wiemy wybrano Hermaszewskiego, który (czego autor w swojej książce akurat nie ujawnia) był wyższy, przystojniejszy i bardziej medialny od Jankowskiego.

Wróćmy jednak do książki. Propagandowo brzmiących akapitów jest całkiem sporo. Np. opis pobytu autora w domu u Zenona Jankowskiego: „ Tutaj o miłości do Ojczyzny mówi się wprost, przekazując z pokolenia na pokolenie że „pierwszym obowiązkiem człowieka jest kochać kraj i dobrze dla niego pracować. Dlatego zapewne jedenastoletnia córka Państwa Jankowskich przywitała nas w przepisowym harcerskim mundurku.” Albo : „Po trzydziestu latach (od zakończenia wojny, przyp. JJ) jeden z naszych oficerów ramię w ramię z oficerem radzieckim zasiądzie w kabinie kosmicznego statku. Bojowa przyjaźń zamieniona w doniosły czyn. Dla dobra ludzi, dla utrwalenia pokoju”. Podobnych cytatów mógłbym przytoczyć jeszcze kilkanaście, ale nie o to chodzi. Między akapitami znalazłem fakty o których do tej pory nie wiedziałem. Przede wszystkim poznałem nazwiska pozostałych trzech polskich kandydatów na kosmonautów. Poza Hermaszewskim i Jankowskim byli to: Andrzej Bugała (odpadł z grupy jako pierwszy ze względu na wzrost), Henryk Hałka i Tadeusz Kuziora. Jankowski jak wiadomo trafił do załogi rezerwowej, nie poleciał w kosmos i w czasie lotu Sojuza 30 pracował przy locie jako konsultant. Wszyscy kandydaci byli pilotami, oficerami Wojska Polskiego.

Książka to właściwie rodzaj pamiętnika, zapis spotkań autora z kandydatami na kosmonautów podczas pracy nad filmem dokumentalnym dla telewizji. Przy okazji poznajemy też kulisy robienia reportaży telewizyjnych w latach 70-tych - reflektory, które sprawiały że rozmówcy się natychmiast pocili i zacinające się kamery wyposażone w specjalne urządzenia, które miały tłumić terkot… Ale przede wszystkim poznajemy kandydatów, ich rodziny, a ich także pasje i hobby – jak się okazuje generał Hermaszewski całkiem nieźle skleja modele, poluje i podobno robi doskonałą kiełbasę z dzika. Dowiadujemy się także nieco o testach jakim byli poddawani kandydaci w Polsce i w Związku Radzieckim. Wstrząsające wrażenie zrobiła na mnie relacja Zenona Jankowskiego, który opisuje trening awaryjnego opuszczania kapsuły Sojuza przeprowadzony na Morzu Czarnym. Dwóch mężczyzn siedzących w kabinie wielkości dwóch budek telefonicznych od której właśnie odcięto zasilanie i dopływ świeżego powietrza musi jak najszybciej zdjąć skafandry kosmiczne, założyć kombinezony ratunkowe i wyjść na zewnątrz. Jankowski mówi reporterowi, że w trakcie tego ćwiczenia stracił 2 kilogramy co było podobno czymś normalnym. Poznajemy także bliżej Jankowskiego i Hermaszewskiego – dwóch kompletnie różnych ludzi – ten pierwszy skrupulatny i dokładny do bólu, sprawdzający wszystko 10 razy i pedantycznie składający w kostkę skafander po treningu. I Hermaszewski – romantyk mający trochę filozoficzne podejście do życia, człowiek wciąż zmieniający się. Postać niejednoznaczna.

No właśnie – kiedyś jeden z ludzi w moim radiu (tych z nowego rozdania) powiedział, że tak naprawdę żaden Polak nie poleciał jeszcze w kosmos, a Hermaszewski był po prostu sowieckim kosmonautą, który poleciał na orbitę na pokładzie sowieckiego statku kosmicznego. To nie takie proste, proszę pana. Tak jak nie da się wyrzucić do śmietnika pół wieku PRL-u, tak trudno usunąć z historii Mirosława Hermaszewskiego. Zostawmy na chwilę z boku inne fakty o których wiemy – że był członkiem PZPR, że wiózł w kosmos zdjęcie Edwarda Gierka i że w stanie wojennym był członkiem WRON. Był polskim obywatelem, miał na ramieniu polską flagę i mówił do nas po polsku z orbity. A miliony Polaków były dumne. Koniec.

Miałem okazję poznać Mirosława Hermaszewskiego osobiście, w grudniu ubiegłego roku w Planetarium Ślaskim. Postarzał się. Ale pamiętam jedną scenę z tego spotkania: pewien dziesięciolatek zapytał Hermaszewskiego jak zostać kosmonautą. Spodziewałem się odpowiedzi w stylu „Teraz w kosmos latają tylko Amerykanie i Rosjanie”. A tymczasem pierwszy Polak w kosmosie przygarnął tego malucha i spytał „Lubisz latać” ? Mały przytaknął, „Dobrze się uczysz” ? - maluch znowu kiwnął głową. Wtedy Hermaszewski zadał ostatnie pytanie: „Naprawdę bardzo, bardzo mocno chcesz polecieć w kosmos” ? „Tak” – odparł mały. „Proszę Państwa – właśnie patrzycie na drugiego polskiego kosmonautę” – obwieścił generał, a cała sala zaczęła bić brawo. Tak buduje się w ludziach wiarę, że każde marzenie może się spełnić, niezależnie od tego jak fantastycznie w danym momencie brzmi. Sięgnijcie po tę książkę. Byle z dystansem.

“Solaris”

aut. Stanisław Lem

sol2.jpg

Wiem, że obecność tytułu z gatunku science fiction może nieco czytelników mojego bloga zdziwić, ale „Solaris” jest jedną z książek, która pchnęła mnie do zainteresowania się kosmosem i badaniami wszechświata. Po raz pierwszy przeczytałem ją kiedy miałem jakieś szesnaście lat i od tego czasu wracam na Solaris co rok. Określenie „wracam” chyba najbardziej pasuje do mojej fascynacji tą powieścią – za każdym razem biorę udział w ekspedycji na tę odległą planetę pokrytą oceanem i odkrywam Solaris na nowo. Co ciekawe, mimo że książka została napisana w połowie lat 60-tych nie starzeje się. A nie można tego powiedzieć o wszystkich powieściach Lema – na przykład kiedyś doskonały „Obłok Magellana” dziś trąci nieco myszką i jest do bólu socrealistyczny.

Wróćmy jednak do „Solaris”: psycholog, Chris Kelvin przylatuje na stację badawczą unoszącą się nad powierzchnią galaretowatego oceanu pokrywającego niemal całą powierzchnię planety Solaris. Na stacji dzieją się dziwne rzeczy. Krótko przed przybyciem Kelvina umiera jeden z naukowców. Inni zamykają się w swoich pokojach i stwarzają wrażenie umysłowo chorych. Gdy dwa dni po swoim przybyciu Kelvin budzi się, widzi dziewczynę siedzącą na brzegu jego łóżka. To Harey - narzeczona Kelvina która… kilka lat wcześniej popełniła samobójstwo.

„Solaris” ma wiele warstw – to piękna opowieść o miłości, ale także studium psychologiczne grupy ludzi zamkniętych w pokrytej masywnym pancerzem stacji, czy wreszcie opowieść o tym jak trudny, czy wręcz niemożliwy jest kontakt z obcą formą życia. Właśnie na tej ostatniej kwestii chciałbym się skupić. Pokrywająca powierzchnię Solaris galareta niewątpliwie żyje. Lecz nie jest to wielki, planetarny mózg – to zbyt daleko idące uproszczenie. Nie jest to także, jak sugerują niektórzy czytelnicy Bóg. Zresztą już na początku książki poznajemy niemal stuletnią historię nauki zwanej solarystyką i dziesiątki hipotez dotyczących Solaris. Czy nawiązanie kontaktu z czymś tak innym od znanych nam na Ziemi form życia jest możliwe ? Czytając książkę dochodzimy do wniosku, że to nie ludzie nawiązują kontakt z Solaris, ale planeta z nimi – sięgając do ich najgłębiej ukrytych i jak to określa Lem „najbardziej otorbionych” wspomnień, wydobywając je na zewnątrz i materializując. Jak żyć z wyrzutem sumienia zbudowanym z krwi i kości, który mieszka z nami ciasnej stacji i materializuje się za każdym razem na nowo kiedy chcemy się go pozbyć ? Dlaczego planeta tworzy na swojej powierzchni przedziwne, niemal artystyczne konstrukcje ? To forma sztuki, czy może schizofreniczne projekcje ? Na te pytania nie znajdziemy prostych odpowiedzi. Lem zmusza czytelników do myślenia i własnej interpretacji.

Kiedy po śmierci Stanisława Lema przygotowywałem audycję na jego temat wybrałem ten oto fragment „Solaris”, który moim zdaniem jest zapowiedzią problemów z jakimi zderzą się odkrywcy kosmosu za 100 czy może 200 lat. Jeden z naukowców znajdujących się na stacji, dr Snaut mówi:

„Wyruszamy w kosmos, przygotowani na wszystko, to znaczy na samotność, na walkę, męczeństwo i śmierć. Ze skromności nie wypowiadamy tego głośno, ale myślimy sobie czasem że jesteśmy wspaniali. Tymczasem, tymczasem to nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun, albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden którym się dławimy. „

Kiedy czytam „Solaris” rok po roku, stacja za każdym razem wygląda nieco inaczej, zmieniają się drobne szczegóły wyposażenia i wygląd korytarzy, różnie też widzę twory na powierzchni planety. Od kilku lat Kris Kelvin ma dla mnie twarz Geroge’a Clooneya, co nie znaczy, że filmowa, amerykańska wersja „Solaris” mi się podoba. Scenariusz podporządkowany wątkowi miłosnemu i banalny wygląd planety czynią ten film kompletnie przeciętnym, ale za to Clooney został do roli wybrany idealnie. Skoro już wspomniałem o adaptacji filmowej, to niezwykle cenioną przez krytyków jest wersja z 1972 w reżyserii Anreja Tarkowskiego. Jednak większość zwykłych odbiorców na tym filmie po prostu śpi, bo jest przeraźliwie nudny, a z głównej fabuły pozostały strzępy. Zresztą sam Lem wypowiadał się o wersjach filmowych „Solaris” z dużą rezerwą. A jednak warto sięgnąć do filmu w wersji amerykańskiej po jedną rzecz, a mianowicie ścieżkę dźwiękową. Muzyka której autorem jest Cliff Martinez idealnie pasuje do klimatu książki. A zatem polecam zaopatrzyć się w któreś z wydań „Solaris”, włożyć płytę do napędu CD i rozpocząć wyprawę na tę niezwykłą planetę. Ja czynię to już dziś.

Jeden z utworów z soundtracku do „Solaris” umieszczam poniżej. Miłego słuchania !

click to hear

Cliff Martinez “First Sleep”

“Podbój kosmosu. Historia programów kosmicznych”

aut. T. A. Heppenheimer

heppenheimer2.jpg

Amber 1997

Jednym z moich największych marzeń jest podróż co Centrum Kosmicznego im. Johnsona i dotknięcie leżącej przed wejściem do kompleksu budynków olbrzymiej rakiety Saturn V – jednego z najdoskonalszych i najbardziej niezawodnych urządzeń wyprodukowanych przez człowieka. Od tej właśnie rakiety budzącej wielkie zainteresowanie turystów rozpoczyna się książka Thomasa A. Heppenheimera, który jednak zachowuje się bardziej profesjonalnie niż ja. Zamiast tylko się zachwycać i zachłystywać doskonałością „Saturna” zastanawia się jak to się stało, że warta wiele milionów dolarów rakieta zamiast polecieć na Księżyc spoczęła na trawniku w charakterze pomnika ? Książka to skrupulatnie udokumentowana opowieść o historii programów kosmicznych. Sądzę, że nawet pasjonaci znajdą w niej fakty o których nie mieli wcześniej zielonego pojęcia. Na przykład historia o młodym niemieckim inżynierze Wernerze Von Braunie, który pracując nad prototypem rakiety znanej później jako V-2 przez długi czas borykał się z problemem zdobycia pompy paliwowej do projektowanego przez swój zespół silnika rakietowego. Kiedy Von Braun poszedł do największej w Niemczech fabryki pomp był przekonany, że zostanie odprawiony z kwitkiem. Pompa miała być tania, mała, lekka i jednocześnie musiała mieć ogromną wydajność. Ku wielkiemu zaskoczeniu Von Brauna urządzenie którego szukał … stało gotowe na półce. Była to standardowa pompa wykorzystywana przez strażaków i można ją było z powodzeniem użyć w prototypie rakiety.

Wiele miejsca autor poświęca wczesnemu okresowi rozwoju technologii rakietowych i ich pionierom – Ciołkowskiemu, Korolowowi i Głuszce w ZSRR, Goodardowi w USA i Von Braunowi w Niemczech. Wszyscy oni marzyli o lotach międzyplanetarnych i badaniu przestrzeni kosmicznej, lecz by zrealizować swoje wizje musieli wcześniej udowodnić, że rakiety to skuteczna broń, bo tylko armia była w stanie sfinansować drogie badania i setki nieudanych prób. A jednak w tym opisie pierwszego okresu historii podboju kosmosu, kiedy rakiety przelatywały tylko po kilkadziesiąt metrów można wyczuć wyraźny romantyzm i pragnienie wzbicia się w kosmos. Niektórzy bohaterowie tej opowieści poświęcili rakietom wszystko – pracę, rodziny i kariery, by pracować w drewnianych szopach nad kolejnymi prototypami rakiet. Inni, jak np. szef firmy „Thiocol” znaleźli się w biznesie rakietowym przez zupełny przypadek. Zarówno w ZSRR, Niemczech jak i w USA zawsze wszystko przykrywała w końcu swoją czapką armia.

Właśnie opis amerykańsko – radzieckiej rywalizacji zdaje się być najciekawszym elementem książki. Zafascynowała mnie sprawa „Sputnika” i interesująca teza jednego z amerykańskich politologów, który stwierdził, że Amerykanie celowo pozwolili Rosjanom wystrzelić jako pierwszym w kosmos sztucznego satelitę, by nie drażnić ZSRR przelatującym co 90 minut nad ich głowami obiektem i nie powodować niepotrzebnych napięć politycznych. Pozwalając wyjść Rosjanom na prowadzenie w wyścigu Amerykanie nie musieli już obawiać się zarzutów ze strony ZSRR, że ich pojazdy orbitalne naruszają terytorium innego kraju.

Wśród omówień wielu misji załogowych jak i bezzałogowych znajdziemy także opis projektów które przyniosły ich twórcom rozczarowanie. Wehrner Von Braun nie dożył stworzenia projektowanej przez siebie wielkiej stacji orbitalnej na której „pracowałaby wielosobowa załoga”. Dlaczego nie powstała taka gigantyczna stacja ? Bo z biegiem lat okazało się, że fotografowanie Ziemi, łączność pomiędzy kontynentami i badanie gwiazd lepiej i co ważniejsze taniej jest powierzyć automatom. Dziś obrazek przedstawiający astronautę przełączającego przewody w centralce telefonicznej umieszczonej 300 km. nad Ziemią może budzić nasze rozbawienie. Wówczas, gdy komputery dopiero raczkowały takie podejście do rzeczy było jak najbardziej racjonalne.

I w ten sposób dochodzimy znów do słynnej rakiety „Saturn V” leżącej przed wejściem do Centrum im. Johnsona. Dlaczego nie doszło do misji Apollo 18, 19 i 20 choć były przecież planowane ? „Bo nie było po co więcej latać na Księżyc” – zdaje się odpowiadać Heppenheimer zaznaczając, że załogi misji Apollo przywiozły ze sobą kilkaset kilogramów księżycowych skał, które „zapewniły zajęcie na kilka lat garstce specjalistów”. I tyle . „Zabrakło jasnego celu by powrócić na Księżyc” – mówi Heppenheimer. W książce poznajemy także powolny i pełen biurokratycznych paradoksów proces powstawania floty amerykańskich promów kosmicznych, które zamiast stać się tanimi i bezpiecznymi taksówkami transportującymi ludzi i ładunki na orbitę zamieniły się w drogie, trudne w obsłudze i niebezpieczne maszyny.

Książka godna polecenia.

“Gwiezdny bohater. Prawda i legenda o Juriju Gagarinie”

aut. Jamie Doran i Piers Bizony

gwiezdny-bohater.jpg

Prószyński i S-ka 2006

108 minut które wstrząsnęły światem. 12 kwietnia 1962 roku nikomu nieznany pilot Miga 15 z bazy położonej za kołem polarnym w ZSRR stał się najsławniejszym człowiekiem na świecie. Jak całe to zamieszanie wpłynęło na Jurija Gagarina i jego rodzinę ? Jakie relacje panowały w zespole przyszłych kosmonautów ? Co spowodowało katastrofę w której zginął Pierwszy Kosmonauta ? Odpowiedzi na te pytania szuka Jamie Doran – irlandzki dokumentalista, autor wielu filmów przygotowanych dla BBC, który dociera do ludzi pracujących wówczas przy radzieckim programie kosmicznym, bliskich Gagarina, oraz świadków lądowania.

Już po pierwszych kilkudziesięciu stronach poznajemy ludzkie dramaty i intrygujące szczegóły kryjące się za propagandową fasadą serwowaną przez ZSRR przez ostatnie dziesięciolecia całemu światu. Stereotypy związane z pierwszym lotem człowieka w kosmos tkwią niezwykle głęboko w świadomości ludzi tamtego pokolenia. Przekonałem się o tym kiedy po przeczytaniu książki powiedziałem mojemu 70-letniemu ojcu, że Gagarin wylądował na spadochronie (katapultował się na wysokości 7 kilometrów). Ojciec nie chciał uwierzyć mówiąc, że „ta książka to pewnie jakaś beletrystyka”. Autorom książki udało się dotrzeć do pierwszych ludzi, którzy nie tylko widzieli Gagarina lądującego na spadochronie, ale również rozszabrowali wyposażenie kapsuły, która spadła ok. 2 kilometrów dalej. Niektóre elementy udało się odzyskać wojsku dopiero kilka dni później – np. gumową tratwę ratunkową, którą jeden z mieszkańców wsi wypłynął na ryby.

W książce poznajemy także problemy techniczne, które pojawiły się w czasie wchodzenia „Wostoka 1” w atmosferę, kiedy nie odłączył się do końca moduł serwisowy i kapsuła z astronautą wpadła w silny ruch wirowy, co niemal doprowadziło Gagarina do utraty przytomności. Doran odpowiada także na pytanie, które do dziś zadaje wiele osób: czy Gagarin mógł sterować „Wostokiem” ? Mógł, ale dostępu do urządzeń kontrolnych chronił trzycyfrowy kod, który miał zostać przekazany kosmonaucie z Ziemi tylko w razie problemów technicznych. Jak się okazuje Gagarin znał ten kod przed startem – przekazały mu go niezależnie dwie osoby ryzykując wysłanie do obozu. W czasie lotu Gagarin nie dotknął nawet sterów – cały lot odbywał się automatycznie, co oczywiście nie umniejsza jego roli – rakiety R-7 nie należały wówczas do najbezpieczniejszych. Zespół przyszłych kosmonautów widział na własne oczy eksplozję takiej rakiety, do której doszło na kilka tygodni przed lotem Gagarina.

Warto sięgnąć po tę książkę również ze względu na szczegółowy opis przygotowań ekipy przyszłych kosmonautów do lotu w kosmos. Wielkie wrażenie zrobił na mnie opis symulacji stanu nieważkości – kandydatów wsadzano do windy na najwyższym piętrze budynku Uniwersytetu Łomonosowa w Moskwie i zrzucano na umieszczone na parterze wielkie poduszki hamujące. Autor książki dotarł także do ludzi, którzy uczestniczyli w programie przygotowań do lotu, choć nie byli kandydatami na kosmonautów – lekarze testowali na nich możliwości ludzkiego organizmu poddając ich np. wielokrotnie większym przeciążeniom niż Gagarina, Titowa, czy Leonowa (nawet do 40 G), albo symulując z ich udziałem nagłą dekompresję kabiny. Wstrząsające.

Najciekawsza jest druga część książki przedstawiająca wydarzenia po historycznym locie Gagarina – z jednej strony była sława, dziesiątki podróży zagranicznych i uwielbienie tłumów, a z drugiej samotność, problemy rodzinne i niechęć późniejszego I sekretarza KPZR Leonida Breżniewa, który zrobił wszystko, by Gagarin nigdy już nie poleciał w kosmos.

Oczywiście autorowi nie udało się do końca wyjaśnić przyczyny śmierci Gagarina w katastrofie lotniczej, ale książka rzuca nowe światło na wydarzenia, które rozegrały się pewnego deszczowego poranka w pobliżu Gwiezdnego Miasteczka pod Moskwą. Łowcy sensacji i miłośnicy spiskowych teorii nie znajdą pewnie dla siebie nic ciekawego, ale dla miłośników historii podboju kosmosu ta książka jest niezwykle ważną i jak sądzę obowiązkową pozycją. Polecam.

I jeszcze jedno. Oryginalny tytuł książki jest nieprzetłumaczalną grą słów, która jednak doskonale oddaje klimat książki: “Starman”.

„Siergiej Korolow – o krok od zwycięstwa w wyścigu na Księżyc” - aut. James Harford

korolow

Prószyński i Spółka 2006

Choć to nie powieść, ale praca naukowa osoby zainteresowane tematyką amerykańsko – radzieckiej rywalizacji w wyścigu na Księżyc pochłoną ją w kilkanaście godzin. Autor, który jest historykiem wykorzystał wiele swoich prywatnych kontaktów w Rosji by dotrzeć do osób które uczestniczyły w radzieckim programie kosmicznym. Wiele z nich żyje dziś w zapomnieniu i skrajnej nędzy. Polscy czytelnicy pamiętający czasy PRL-u, Związek Radziecki i mechanizmy komunistycznej propagandy z pewnością nie będą zaskoczeni niektórymi faktami odsłoniętymi przez Harforda, choć muszę przyznać że w kilku miejscach i ja nie mogłem wyjść z głębokiego szoku. Oto jeden z techników opisując lot próbny rakiety R-9 (która miała służyć do przenoszenia głowic nuklearnych) wspomina, że tuż przed startem inżynier z ekipy Korolowa (Woskriesienski) zauważył niewielki wyciek ciekłego tlenu na wyrzutni. Inżynier wiele się nie zastanawiając …nasikał na przeciekającą złączkę. Mocz natychmiast zamarzł i uszczelnił przeciek. Rakieta wystartowała zgodnie z planem. Takich opisów w książce można znaleźć o wiele więcej.

Dzięki Harfordowi poznajemy kulisy programu „Woschod”, który powstał na specjalne i kategoryczne polecenie Chruszczowa. W Jednoosobowym statku kosmicznym upakowano wówczas trzech astronautów tylko po to, by uzyskać spektakularny efekt propagandowy. Autor słusznie nazywa to „cyrkowym numerem”. Projektant „Woschoda” który początkowo nie chciał przerabiać pojazdu na puszkę dla sardynek otrzymał obietnicę lotu w kosmos.

Jednak przede wszystkim dzięki tej książce poznajemy postać samego Korolowa – człowieka pełnego pasji i jednocześnie skrzywdzonego przez system. Ojciec radzieckiego programu kosmicznego aresztowany w czasie Wielkiej Czystki spędził wiele lat w więzieniach i na Syberii kilka razy cudem unikając śmierci. To pierwsza publikacja w której poznajemy Korolowa jako człowieka, oczywiście nie pozbawionego wad. Był kobieciarzem i cholerykiem. Kiepsko znosił porażki i był niezwykle wymagający wobec swoich podwładnych. Jednocześnie dbał o pracowników i potrafił wybaczać błędy, a przede wszystkich umiał zarażać swoją pasją. Tylko dla niego wielu techników i inżynierów spędzało całe lata żyjąc z rodzinami w ziemiankach na Bajkonurze.

W książce poznajemy również zakulisowe rozgrywki towarzyszące radzieckiemu programowi kosmicznemu – przede wszystkim rywalizację z innym konstruktorem – Miszynem i możemy być świadkami wielu nieudanych misji – szczególnie tych związanych z bezzałogowymi sondami kosmicznymi. Jak wiemy, Rosjanom nie udało się nigdy polecieć na Księżyc. Dlaczego ? Odpowiedź znajduje się w tej doskonałej książce.

“Krzyk w kosmosie” - aut. Marek Jarosiński

krzyk

Wydawnictwa Naukowo - Techniczne 1991

Dla mnie ta książka ma specjalne znaczenie. Jeśli nie liczyć kultowego filmu „Apollo 13 od niej zaczęła się moja fascynacja lotami kosmicznymi. Z „Krzyku…” korzystałem też przy pisaniu pracy magisterskiej. Ale niech was to nie odstraszy – czyta się jak dobrze napisaną powieść sensacyjną. Autor (którego zresztą mam zaszczyt znać osobiście) opisuje większość misji kosmicznych w których coś poszło nie tak (czyli niemal wszystkie). Nie każdy wie, że już w czasie lotu Jurija Gagarina pojawiły się dwie potencjalnie groźne sytuacje. Jedna z nich – wpadnięcie kapsuły w niekontrolowany ruch wirowy w czasie wchodzenia w atmosferę mogła zakończyć się katastrofą. Oprócz tego w książce znajdziemy oczywiście szczegółowe opisy najbardziej spektakularnych katastrof: fatalnej misja Komarowa, śmierci 3 kosmonautów z Sojuza 11, eksplozji „Challengera”, czy pechowej misji Apollo 13. Autor omawia również działanie systemów ratowniczych w statkach kosmicznych i procedury obowiązujące w sytuacjach awaryjnych, a także sposoby ratowania astronautów w przyszłości. Ale znajdziemy tu również nieco mniej znanych faktów : to właśnie z książki Jarosińskiego dowiedziałem się że Bielajew i Leonow o mało nie zostali pożarci przez wilki po nieudanym lądowaniu „Woschoda” w tajdze a także o istnieniu tajemniczego płóciennego woreczka który sprawił wiele kłopotu załodze jednej z radzieckich stacji orbitalnych. Prawdziwe kompendium wiedzy polanej bardzo strawnym sosem. Niestety książkę trudno w tej chwili zdobyć bo nakład został dość szybko wyczerpany a reedycja wciąż się przeciąga. W bibliotekach zdarza się dosyć rzadko bo wydano ją w formie klejonej i rozpada się już po pierwszym przeczytaniu więc mało egzemplarzy przetrwało próbę czasu. Pozostaje niezawodne Allegro. Autor posiada własną stronę internetową www.astronautyka.planty.pl