Recenzje filmów
Pierwszy krok w kosmos („The Right Stuff”)
reż. Philip Kaufman
scen. Philip Kaufman
Rok produkcji: 1983

To dziwne, że „Pierwszy krok w kosmos” zobaczyłem dopiero teraz. Słyszałem o tym filmie od dawna, ale jakoś ciągle nie miałem czasu żeby go obejrzeć. Zresztą rzeczywiście, temu obrazowi trzeba poświęcić aż 193 minuty swojego życia. Czy warto ?
To oskarowa produkcja (4 statuetki za efekty specjalne, montaż, muzykę i dźwięk), więc spodziewałem się pewnej pompatyczności, która rzeczywiście jest dostrzegalna, a właściwie słyszalna, bo muzyka skomponowana przez Billa Conti („Rocky”, „Dynastia”) jest napuszona potwornie. Poza tym jednak film nie emanuje specjalnie jakże nam znanym amerykańskim patriotyzmem, a nawet przedstawia szefów NASA i władze USA w niespecjalnie korzystnym świetle.
Film poświęcony jest pierwszej siódemce amerykańskich astronautów znanej jako „Mercury Seven”, ale nie tylko. Ważną postacią w „Pierwszym kroku…” jest Chuck Yeager – pierwszy człowiek, który przekroczył barierę dźwięku lecąc słynnym rakietowym X-1. Poznajemy zatem grupę pilotów doświadczalnych z bazy Edwards w Kalifornii codziennie patrzących w oczy śmierci nad pustynią, a wieczorami spotykających się w zagubionym na pustyni barze i rozmawiających o kolejnych granicach do pokonania. Chaffee to „brzydal z charakterem”, Gordon „Hot Dog” Cooper – żółtodziób uważający się za najlepszego pilota na świecie i wreszcie Yeager, który posłał do diabła facetów z komisji werbunkowej NASA, ponieważ nie chciał odgrywać roli szympansa doświadczalnego wystrzelonego w kosmos w ciasnej i nie dającej się sterować kapsule. Nieco poźniej pojawia się John Glenn, doskonale zagrany przez Eda Harrisa. Ale to właśnie z Glennem mam największy problem.
Otóż oglądając film nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że reżyser idealizuje postać pierwszego Amerykanina, który odbył lot orbitalny. I nie byłoby w tym nic złego, bo Glenn oczywiście jest bohaterem, gdyby nie fakt, że premiera filmu zbiegła się z ogłoszeniem przez Glenna zamiaru kandydowania w wyborach prezydenckich. W filmie pokazany jest niczym ideał: kocha żonę, jako jedyny spośród „siódemki” jest gotowy poświęcić dla niej swoją karierę, pięknie mówi, wreszcie walczy z naukowcami by w kapsule „Mercury” umieszczono iluminator. Amerykanie nie kupili tego zabiegu medialnego. Glenn nie został prezydentem USA (choć jak wiemy powrócił w kosmos), a film nie okazał się przebojem kasowym.
Mimo to oglądałem „Pierwszy krok” ze sporym zainteresowaniem, szczególnie sceny przedstawiające selekcję kandydatów na astronautów i trening robią wrażenie. Efekty specjalne nie zestarzały się, a trzeba pamiętać że na początku lat 80-tych nikt nie słyszał jeszcze o grafice generowanej komputerowo. Mimo to wiele scen dzieje się w kosmosie i twórcy filmu nie poszli na łatwiznę filmując jedynie gabinety w NASA, centrum kontroli lotów, czy kabiny statków kosmicznych. Nie ustrzegli się oni jednak kilku błędów faktograficznych: na przykład w scenach pokazujących starty radzieckich rakiet z Bajkonuru uporczywie pojawia się podpis „Star City”, a jak wiadomo Gwiezdne Miasteczko leży 40 kilometrów od Moskwy. Szefów NASA i wiceprezydenta Lyndona Johnsona, niemieckich naukowców i dziennikarzy pokazano jako grupę ludzi właściwie przeszkadzających astronautom w wykonywaniu ich bohaterskich misji, co oczywiście też nie jest zgodne z prawdą. „Siódemka” kontra reszta świata – ten motyw pojawia się dość często.
Jest wiele scen, które każdego miłośnika astronautyki złapią za serce: na przykład moment, kiedy kapsuła z Glennem przelatuje nad pogrążoną w nocy Australią, a iskry z rozpalonych przez Aborygenów ognisk unoszą się w niebo i zamieniają w plazmowe ogniki otaczające statek kosmiczny. Duże brawa należą się także za sceny pokazujące wejście kapsuł w ziemską atmosferę.
„Pierwszy krok w kosmos” nie jest dziełem genialnym, ale także nie rozczarowuje. Na pewno nie jest to archaiczny rupieć. Ciekawie ogląda się i dziś. Słysząc jedno z ostatnich zdań padających w filmie: „Gordon Cooper był ostatnim Amerykaninem który samotnie poleciał w kosmos” uśmiechnąłem się do siebie: w 2004 roku suborbitalny lot odbył Mike Melvill na pokładzie SpacesShipOne – pierwszego prywatnego pojazdu kosmicznego. Kto wie, może kiedyś powstanie film „Kolejny krok w kosmos”. Miejmy tylko nadzieję, że nie będzie polityczną laurką.
I jeszcze jedna informacja: obecnie na rynku znajduje się dwudyskowe, kolekcjonerskie wydanie DVD. Płyta z dodatkami nie zachwyca. Trochę archiwalnych filmów z NASA, komentarze twórców + aktorzy opowiadający jakim wielkim przeżyciem była praca przy filmie. Można sobie spokojnie odpuścić.

add to del.icio.us